Sztuka kochania

23:29



Lubię Marysię Sadowską. Podoba mi się jej wyrazistość i szczerość. Patrzę na nią i widzę silną babkę, która nie boi się zmierzyć z poprzeczką, którą sama sobie, bardzo wysoko postawiła. Jej wywiady są konkretne, a z drugiej strony pełne wrażliwego, kobiecego ciepła. A to wszystko przyprawione nutą chilli. Było dla mnie zaskoczeniem, kiedy przeczytałam, że Maria wzięła się za kręcenie filmu. I to nie byle jakiego, bo o samej Michalinie Wisłockiej.

- Dlaczego Michalina Wisłocka?
- Bo w swoich czasach była człowiekiem przyszłości i nadal nim jest. Nie bała się łamać reguł systemu politycznego i społecznego, w którym żyła, i pójść własną drogą.

Przeczytałam to zdanie w styczniowym (2017) numerze Urody Życia. Ma ono dla mnie fundamentalne znaczenie, w odbiorze całego filmu. Bo Marii udała się ciekawa rzecz - pokazała historię kobiety, - nie przez pryzmat mężczyzn, którzy ją otaczali, a przez siłę, odwagę i taki "ogień", który Michalina Wisłocka miała w sobie.  
Idąc na film, zastanawiałam się, jak poradzi sobie Magdalena Boczarska, która do tej pory nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Po tym filmie zmieniłam zdanie. Sposób zagrania przez nią głównej bohaterki był niezwykły. Przeistaczała się, jak kameleon, pomiędzy kolejnymi retrospekcjami. Zagrała piękną dwudziestolatkę, a w następnej scenie, zmieniła się w doświadczoną życiem pięćdziesięciolatkę. Szczere emocje i gra aktorska Magdaleny, pozwalały na wzbudzenie w widzu gamy odczuć i niespodziewane wejście w role. 

Bo mamy oto rolę wiernego kibica, który czeka z niecierpliwością, aż książka napisana przez Michalinę Wisłocką, zostanie wydana. Pojawiające się w głowie pytanie "to jeszcze nie teraz?", towarzyszy niemal do końca trwania filmu. Rola zakochanej kobiety uruchamiała się w momentach... O miłości, a jakże :) Magdalena Boczarska ma takie oczy, że można z nich czytać jak z księgi. Maria potrafiła to wykorzystać. W scenie, kiedy Wisłocka spotyka swojego męża, czy w momencie, kiedy zakochuje się w innym mężczyźnie, w jej oczach mamy wszystko. Od uczucia strachu, po fascynację, radość, a to wszystko spięte  klamrą "maślanego spojrzenia". Gra aktorska Magdaleny Boczarskiej, pozwoliła uwierzyć mi, że ta historia jest naprawdę jej. W to, że jest nie tylko aktorką, ale Michaliną. To zespolenie, to coś, czego szukam u głównych bohaterów. I w tym filmie je znalazłam.

Mężczyźni mają w filmie rzeczywistą władzę. To oni decydują o tym, kiedy i jak może zostać wydana książka Wisłockiej, podkładają jej kłody pod nogi, a z drugiej strony wspierają i pokazują, że pociągnięcie odpowiednich sznurków, potrafi otworzyć niejedne drzwi. Mimo tej oczywistej funkcji, mimo pokazania świata mężczyzn i kobiet, jako dwóch różnych, chociaż stale przenikających się, - mężczyźni są w tym filmie tłem. Tłem, na którym może wybić się, nie tylko główna bohaterka, ale przede wszystkim inne kobiety. Maria Sadowska zrobiła ogromny ukłon w stronę przysłowia "mężczyzna jest głową rodziny, ale to kobieta jest szyją, która tą głową kręci." Ostatnie sceny są tylko potwierdzeniem tej tezy.

Miłość... To dla niej została napisana "Sztuka kochania". Po to by ją upiększać i doceniać na nowo. Po to, by drugi człowiek był stale źródłem niedokończonej historii, w której chcemy poznać kolejne wydarzenia. Napisana jak podręcznik, z prostymi zasadami, by dwoje ludzi, którzy są ze sobą, potrafili się zrozumieć. W filmie miłość jest pokazana ze swoimi różnymi obliczami. Jakimi? Śmiałków, chcących rozwiązać zagadkę, zachęcam do obejrzenia filmu :)

I na koniec. Dla nie w tej historii, jest ważne jeszcze jedno słowo, o którym często zapominamy w codzienności: zrozumienie. Michalina Wisłocka zdobywała serca swoich pacjentek, nie tylko dlatego, że była świetnym fachowcem. Przede wszystkim dlatego, że ich nie oceniała. Słuchała historii kobiet, pomagała im... W pierwszej kolejności zrozumieć siebie, bo dzięki temu, mogły zrozumieć swojego partnera. Rewolucja, która zaczęła się z miłości - dzikiej, nieokiełznanej, która pozwała płonąć zamiast spłonąć - została opowiedziana w sposób, który pozwala wierzyć, że każda relacja jest warta uwagi. A po wyjściu z kina widz "będzie miał ochotę kogoś przytulić". Ja miałam :) 


P.S. Drodzy Panowie, gdybyście chcieli wyjść z sali kinowej po pięciu minutach "Sztuki kochania...", to słyszałam, że Konwój jest świetny... ;)

Zdjęcie: materiały prasowe

You Might Also Like

1 komentarze

  1. Fakt "Konwój" był niezły :) "Sztuki Kochania" jeszcze nie oglądałam. Cały czas mam w planach, ale ciągle wpada coś innego.

    OdpowiedzUsuń

Popular Posts

Subscribe